

To nie była tylko zwykła wycieczka połączona z obejrzeniem meczu piłkarskiego oraz zwiedzeniem miasta. To były trzy dni pełne atrakcji, sportowych emocji i fascynujących doznań, a najważniejszy okazał się finał z piłkarskim Pucharem Ligi Mistrzów.
Adam Łukaszewicz kibicem FC Barcelona jest niemal od „kołyski”, od wielu lat w tej pasji wspiera go żona Anna. Adam od dawna myślał o tym, żeby wybrać się do stolicy Katalonii na mecz swoich ulubieńców. Jednak jak to najczęściej bywa, zawsze było coś „ważniejszego”, brakowało czasu, a i z pieniędzmi też trzeba było się liczyć. - Od niemal roku prowadzimy z żoną szkółkę piłkarską dla dziewcząt – mówi Adam. – Kiedy nasze podopieczne dotarły do finału rozgrywek o Puchar Tymbarku, cieszyliśmy się razem z nimi, bo jedną z nagród dla zwycięskiej drużyny, miał być wyjazd szkoleniowo – turystyczny do Ajaksu Amsterdam. Jak wiemy dziewczęta nie zdobyły pucharu, ale i tak osiągnęły wielki sukces, zajmując w tych rozgrywkach czwarte miejsce w Polsce. Wówczas zaczęliśmy najpierw z Anią, a później z Kamilą i Grzegorzem Glinka myśleć – a może by tak zaproponować naszym dziewczętom i „młodemu” Barcelonę ? Kiedy zorientowaliśmy się, że możemy sami zorganizować taki wyjazd – powiedzieliśmy naszym dzieciakom. Wyraz zdumionych ze szczęścia oczu Anitki, Paulinki, Ali i Ani oraz Adasia, potwierdził, że to doskonały pomysł. Do dwóch rodzin dołączyła jeszcze jedna (siostra Adama - Małgorzata z jej mężem Waldkiem i synem Danielem) i zaczęto przygotowania. Przede wszystkim chodziło o to, aby obejrzeć „Barcę” w meczu ligowym na jej stadionie w terminie, który będzie najkorzystniejszy. Kiedy już taki wybrano, pozostało znaleźć transport na lotnisko do Berlina, bo stamtąd latają samoloty do Barcelony. Wszyscy spotkali się w ubiegły piątek w Wałczu, by w nocy wyjechać dwoma samochodami do stolicy Niemiec. Po kilku godzinach jazdy, znaleźli się w hali odlotów Schönefeld Airport, skąd we wczesnych godzinach rannych wystartowali do Barcelony. - Dla dziewcząt i chłopców, ale też i naszych żon była to pierwsza w życiu podróż samolotem, dlatego też wspólnie z Grzegorzem podtrzymywaliśmy dobry nastrój, zapewnialiśmy, że będzie wszystko „OK.” – mówi Adam. – Podróż rzeczywiście minęła bez jakikolwiek problemów i około 11 - tej wylądowaliśmy w sercu Katalonii. Od razu pojechaliśmy na Camp Nou, aby kupić bilety na wieczorny mecz. Już pierwsze chwile przed tym legendarnym stadionem „podniosły ciśnienie” wszystkim. Później nasze żony pojechały do hotelu, aby zobaczyć pokoje i rozpakować rzeczy, natomiast my zostaliśmy z dziećmi. Warto było, bo zwiedzając obiekt dowiedzieliśmy się, że piłkarze kończą właśnie przedmeczowy rozruch i będą wyjeżdżać ze stadionu. Z kilkusetosobową grupą kibiców staliśmy przy barierkach, a dosłownie o półtora metra od nas, przejechali między innymi: Valdes, Puyol, Messi i Xavi - myśmy ich widzieli! Podekscytowane już dosyć mocno dziewczęta czekały jeszcze na Guardiolę, ale trener Barcy chyba został już na stadionie. Później był jeszcze czas na oglądanie bezpośrednich okolic stadionu, między innymi boisk treningowych i bazy klubu oraz oczywiście wizytę i zakupy w klubowym sklepiku. Kiedy po godzinie18 – tej zaczęto wpuszczać na trybuny, wałecka grupa znalazła się na nich od razu. W miarę upływu czasu i napływu kolejnych ludzi okazało się, że wśród widzów jest wielu Polaków, którzy przyjechali tutaj nie tylko z kraju, ale także z innych państw europejskich. Im bliżej pierwszego gwizdka, tym bardziej dało się wyczuć to wyjątkowe napięcie, którego kumulacja nastąpiła w momencie wyjścia zawodników na płytę boiska przy dźwiękach hymnu klubu: „Cały stadion, podnosi krzyk – jesteśmy czerwono – niebiescy !...”. Jak podkreślają wałczanie – podczas meczu, jest raczej spokojnie; ba – jednym z prowodyrów popularnej na całym świecie „fali” był kibic z Polski. Jednak wszystko zmienia się w momencie, kiedy pada gol dla Barcy, bo wtedy ten mogący pomieścić ponad 90 tysięcy ludzi olbrzym wręcz „wybucha” entuzjazmem i radością. Podczas tego akurat meczu, taką radość kibice przeżyli czterokrotnie. Wieczorem po zakończeniu meczu, wałecka grupa udała się do hotelu, aby się wreszcie wyspać, aczkolwiek panowie postanowili jeszcze zobaczyć jeszcze trochę Barcelony nocą. Wszyscy zwiedzali miasto następnego dnia. W niedzielę zobaczyli nie tylko kolumnę Kolumba, ale także oceanarium, tereny olimpijskie i inne atrakcje, a jak sami przyznają, najciekawszy był spacer po najdłuższej arterii stolicy Katalonii – Las Ramblas. Natomiast w poniedziałek powrócono na Camp Nou, tym razem jednak po to, aby obejrzeć muzeum klubu. A jest co oglądać, bowiem w naprawdę dużych wnętrzach i na olbrzymich ekranach, przedstawione są dzieje i sukcesy nie tylko futbolu, ale też piłkarzy ręcznych, koszykarzy oraz innych dyscyplin. To była przede wszystkim fantastyczna lekcja historii dla dziewczynek i chłopców z wielu zresztą powodów, bo gdzie indziej mogą niemal dotknąć „Złotej Piłki” czy „Złotych Butów” Messiego oraz …. - Kiedy weszliśmy do jednej z sal, na stole zobaczyliśmy Puchar Ligi Mistrzów – mówią Anna i Adam Łukaszewiczowie. – Okazało się, że za opłatą można zrobić z nim zdjęcie. Widzieliśmy wzrok dzieci, które wpatrywały się w to, co do tej pory oglądały w telewizji. Jako, że przez cały czas chodziliśmy w strojach „Blaugrany” nie było problemu; od razu dostaliśmy je jako pocztówki, ale poprosiłem jeszcze o plik źródłowy. Po powrocie do Wałcza odebrałem go i teraz mamy tę fotografię w odpowiedniej wielkości. Kiedy rozmawiałem z córkami państwa Łukaszewicz i Glinka, dziewczęta ciągle jeszcze „żyły” barcelońskimi wspomnieniami. Z największą ochotą opowiadały nie tylko o meczu, stadionie, muzeum, ale także o samym mieście. Jednak dla nich najważniejsze było to, że z bliska widziały swoich idoli. I nawet emocje związane z pierwszą w ich życiu podróżą samolotem, zajmują dosyć odlegle miejsce. Bo dla nich chwile marzeń, o których niejednokrotnie tylko rozmawiały, stały się rzeczywistością, którą przeżyły i mogły jej dotknąć.
